Translate

środa, 24 lutego 2016

Nie stójcie
nad moim grobem
i nie płaczcie;
nie ma mnie tam.
Ja nie śpię.
Jestem tysiącem wiatrów,
które wieją;
Jestem diamentowym blaskiem
na śniegu.
Jestem światłem słonecznym
na dojrzewającym zbożu;
Jestem łagodnym jesiennym deszczem,
kiedy budzicie się w porannej ciszy;
Jestem śmigłym lotem
cichych ptaków.
Jestem łagodną gwiazdą,
która świeci w nocy.
Nie stójcie nad moim grobem
i nie płaczcie;
nie ma mnie tam…
[Ken Wilber]
 


środa, 17 lutego 2016

O marzeniach, które wyszły mi bokiem i o radości z rzeczy małych

Leżę i kwiczę. Ale od początku...
Siostrę mam. Jedną, jedyną. Od kilkunastu lat mieszka na Wyspach. Od dobrych lat kilku planowałam w końcu do niej polecieć. Przy okazji zobaczyć wielki świat ( bo ja  raczej z tych nieświatowych). Sentyment do Anglii mam odkąd odkryłam Agathę Christie, a było to dobrych lat parę świetlnych wstecz. No i dziewczynki naciskały, bo samolot, bo zagranica, bo ciocia, bo mały Ian'ek.
Zabukowalismy zatem bilety kilka miesięcy temu i sukcesywnie odliczali dni do Wielkiego Dnia Wyjazdu. Nauczona doświadczeniem ( zawsze mi dziewczyny chorowały jak zbliżały się większe uroczystości, spotkania czy wyjazdy) postanowiłam przechytrzyć los i przesadnie wręcz pilnowałam noszenia czapek, szalików, łykania witaminek, probiotyków nieustannie przy tym i do znudzenia powtarzając mantrę " żebyście mi tylko nie zachorowały, bo nie pojedziecie" jak  która zaczynała protestować  przy czynnościach  zaklinania losu. Mantra działała zresztą niesamowicie motywująco na spragnione wyjazdu dziewczęta, także zadanie miałam w sumie ułatwione. Grunt to dobry argument.
I jak to w moim życiu bywa, los postanowił zachichotać. I to nieźle.
Padłam ja.
Na grypę.
Cztery dni przed wylotem.
Zamknęłam się w sypialni, postawiłam bańki, zaaplikowałam miksturę z miodu i kurkumy. Łykałam czosnek, imbir i inne dary natury o produktach farmacji nie wspominając. Dzień przed Wielkim Dniem wyszłam w końcu z tej sypialni, pojechałam do lekarza ( najbardziej mnie nurtowało, czy na tym etapie mogę kogoś -nie daj Boże!- zarazić) , który orzekł, że jest już nieźle wobec czego nie widzi przeciwskazań do wyjazdu. Dostałam błogosławieństwo i... polecieliśmy. Na tydzień. Na tydzień intensywnego zwiedzania, od rana do wieczora. A ja nadal kaszląca. Zmęczona. I po powrocie... antybiotyk. A pod koniec antybiotykoterapii.... tadam- powikłania pogrypowe. Diagnoza-  neuralgia międzyżebrowa. I znów leki. Ból jak diabli. Każdy oddech okupiony paniką i cierpieniem. Każdy gest i ruch okraszony wysiłkiem staruszki.
I refleksja, że, kurczę, w jednej chwili mogę stracić sprawność( takie to niby oczywiste było, ale trochę jakby nierealne). Albo życie. Że ja tak nie chcę, że powinnam była, że...
Ale wiecie co? Ja dotąd to jak torpeda działałam. Kilka czynności na raz. Wszystko na wariata. Z jednej pracy do drugiej. A jeszcze obiad, a jeszcze to, a jeszcze tamto.
A teraz..
A teraz mam zakaz wychodzenia chwilowo z domu i mnóóóstwo czasu. I ciszę wokół siebie. I wcale się nie denerwuję, że cos powinnam, że to, a jeszcze  i tamto. Wieszam sobie pranie w tempie staruszki i... odkrywam cudowne ukojenie w tych powolnych gestach.
Fot. Pixabay